03. Tamten Dzień

Tamten Dzień, Pokój Wspólny.
Siedzieli w kole. Ona, Narcyza, Avery, Lucjusz, Snape, Nott, jeszcze paru innych… I on. Tom Riddle. Pamiętała dokładnie, jak wyglądał. Pamiętała każdy najmniejszy skrawek jego ciała, oczy śmiejące się do innych. Do niej. Pamiętała, że każdy z kręgu był już po paru piwach kremowych i szklankach Ognistej Whisky, i że lekko szumiało jej w głowie. Perspektywą na następny dzień był Ekspres Hogwart – Londyn, a potem święta Bożego Narodzenia. Pamiętała, jak cieszyła się, że w tym roku dostanie najnowszą miotłę (chociaż oczywiście w teorii wcale o tym nie wiedziała), i jak nie mogła się doczekać  widoku miny Narcyzy, gdy zobaczy swój prezent – okropną, landrynkoworóżową mugolską suknię, na którą Bellatrix wydała całe dziesięć galeonów. Przypomniała sobie, że tego dnia miała pod szatą krwistoczerwoną bieliznę, i że bardzo się stresowała, by pod wpływem Imperiusa nie musiała jej podwijać. Pamiętała, że Lucjusz miał krzywo zawiązany krawat, i w tym samym momencie zdziwiła się, że Tamten Dzień, jak zwykła go nazywać, zapisał się w jej pamięci aż tak dokładnie.
Leniwy uśmiech wpełzł na jej wargi, gdy wyobraziła sobie miny zgromadzonych na widok jej koronkowej bielizny. Cóż, była wtedy bardzo ładną dziewczyną i wielu Ślizgonów się za nią oglądało. To właśnie dlatego codziennie uciekały z Clarissą na błonia, by pod osłoną nocy rzucać na siebie wzajemnie Imperiusa. Nie raz i nie dwa razy jakiś naiwny uczeń wyższego roku próbował ją w taki właśnie sposób zmusić, żeby choć przez jedną noc ich usta szukały się wzajemnie i błądziły po swoich ciałach. Zaśmiała się z przekąsem na myśl o ich nieudolnych próbach. Zwykle klątwa Cruciatus wystarczała, by błagali ją na kolanach o przebaczenie. Och, nie była głupia, wiedziała, że żaden tego nie zgłosi. Bo wtedy pociągnęłaby ich za sobą – cóż za różnica, kto użył którego zaklęcia? I za jedno, i za drugie się idzie do Azkabanu, a ci tchórze nie przeżyliby tam nawet piętnastu minut. Do dziś myślała o nich z pogardą. Głupcy. Jak mogli myśleć, że Bellatrix Black podda się ich kiepskim czarom?
Gdzieś na początku piątego roku zauważyła, że torturowanie ludzi sprawiało jej przyjemność, co wydawało się jej na tyle dziwne, by powiedzieć to Clarissie. Clarissa – jej ówczesna najlepsza przyjaciółka – postanowiła także tego spróbować, i od tamtego czasu ćwiczyły działanie obu Zaklęć Niewybaczalnych. Och, nie na sobie, naturalnie. Przywoływały z lasu różne mniejsze i większe zwierzątka, by po zadanych im torturach cisnąć w nie promieniem zielonego światła. To były czasy… Gdyby tylko Clarissa… „Nie wracaj do tego” - upomniała samą siebie, a potem nakazała myślom wrócić na właściwy tor.
Z czasem efekty codziennych treningów dały o sobie znać, i obie Ślizgonki bez problemu opierały się Imperiusowi. Potem zaczęły ćwiczyć rzucanie zaklęć niewerbalnych, a gdy i to nie było dla nich problemem – bez używania różdżki. Do końca siódmej klasy Bellatrix umiała rzucić bez niej proste zaklęcia, co Clarissie niestety zupełnie nie wychodziło. Gdy po ukończeniu Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie każda poszła w swoją stronę, Bella straciła zapal do samodzielnej nauki. Zresztą miała inne plany, cele, ambicje. Chciała być kimś wielkim, kimś potężnym, i kimś… wolnym.  Gdyby nie rodzina, gdyby nie z góry już wybrana droga – może kiedyś byłaby… szczęśliwa? Czy to właśnie dlatego tak bardzo nienawidziła mugoli? Czy nienawidziła ich za to, że mimo wszystko sami mogli wybrać swoją drogę? Tego chyba nie chciała się dowiedzieć.
W gruncie rzeczy ich światy były do siebie bardzo podobne. Członkowie obu pożądali i odrzucali. Cieszyli się, i płakali. Kochali, i… nienawidzili.  Zaśmiała się w duchu. Drugie z tych uczuć było jej zdecydowanie bliższe.
Nienawidziła mugoli za to, że są niemagiczni.
Nienawidziła szlam za to, że mogą iść własną drogą.
Nienawidziła swojej rodziny za to, że nie pozwolili jej być wolną.
Nienawidziła Clarissy za to, że nie umiała się obronić.
Nienawidziła Narcyzy za to, że potrafiła kochać.
Nienawidziła skrzatów domowych za to, że niewolnictwem przypominały jej ją samą.
Nienawidziła Severusa za to, że był słaby.
Nienawidziła innych za to, że mogą być szczęśliwi.
Nienawidziła samej siebie za to, że potrafiła tylko nienawidzić.
Istniała tylko jedna osoba doskonała. Osoba, za którą Bellatrix oddałaby wszystko, i na której się wzorowała. Osoba, która dla niej zawsze była ideałem.
Tom Riddle.
I właśnie Tamtego Dnia nadszedł czas, by mogła być taka jak on. Doskonała. Czy mogłaby zmarnować taką szansę? Nigdy. Właśnie dlatego wykorzystała  ją najlepiej, jak tylko potrafiła. Co z tego, że kosztem biednego Severusa? I tak go przecież nienawidziła.
Tamtego Dnia grali w virgę. Och, oczywiście to nie była standardowa virga, nie. Ten, na którego wskazywała końcówka różdżki zaraz po tym, jak została wystrzelona na cztery stopy nad ziemię, po chwili był pod działaniem Imperiusa. Kierowała nim osoba, na którą klątwa została rzucona uprzednio. I gra się toczyła.
Bellatrix dokładnie pamiętała Tamten Dzień. Pamiętała oszałamiające bicie serca, gdy wyrzucona przez Severusa w powietrze różdżka wskazała właśnie ją. Wiedziała, że będzie chciał ją upokorzyć po tym, jak wyśmiewała się z tej szlamy Lily. I nie pomyliła się. Na twarz Snape’a wpełzł mściwy uśmiech, gdy promień niebieskiego światła wniknął w Ślizgonkę. Już po chwili poczuła, jak wszystkie jej zmysły opatulane są miękką kołderką,  a potem usłyszała w głowie głos, którego z całego serca pragnęła wysłuchać.
Podejdź do stojącego w prawym rogu pokoju pierwszoroczniaka, padnij przed nim na kolana i spytaj, czy zechciałby łaskawie pogłaskać cię po głowie.
W duchu Bella słyszała swój szyderczy śmiech. „Oj, Severusie, ja jednak wolę zabawić się inaczej” pomyślała, a potem było już po wszystkim. Kątem oka z niemałą satysfakcją patrzyła na coraz bledszą twarz Snape’a, gdy zauważył, że coś idzie nie po jego myśli. A potem wyłączyła umysł, i pozwoliła, by świat się zatrzymał, by liczyli się tylko oni.
Zbliżyła się do Toma na tyle blisko, na ile tylko pozwalała jej odwaga, a potem spojrzała mu głęboko w oczy. Zobaczyła w nich błysk zdumienia, gdy jej ręce znalazły się w jego włosach, a usta nareszcie tam, gdzie być powinny. Najpierw delikatnie musnęła jego wargi swoimi, ale potem nie było już na to czasu. Gwałtownie przyciągnęła go do siebie, wdarła się językiem do jego wnętrza. Włożyła w ten pocałunek tyle namiętności, ile tylko mogła, chciała, by trwał wiecznie. Odrywali się od siebie na pół sekundy, by po chwili na nowo móc znaleźć swoje wargi. Jej dłonie, wcześniej wplecione w jego włosy, teraz delikatnie muskały go po plecach. Jego dłonie natomiast spoczywały na jej talii trzymając ją w żelaznym uścisku i nie pozwalając się oderwać. Ten szaleńczy taniec pełen zmysłów trwał zaledwie kilka sekund, choć dla niej było to wiele więcej czasu. Tak, jakby świat zwolnił, jakby dostosował się do ich tempa. Szaleńczo biegł, pędził, ale jednocześnie robił to na tyle wolno by mogli się rozkoszować każdą najkrótszą chwilą. Czuła, że on też tego chciał, że też chciał by ich taniec trwał wiecznie. Świat był tak piękny bez zmartwień, problemów, i wszystkich innych ludzi dla których byli teraz sensacją. Przez te kilka sekund była naprawdę szczęśliwa, przez te kilka sekund świat był im przychylny. A potem rzeczywistość powróciła wraz ze swą codzienną brutalnością.
Bella nie chciała otwierać oczu. Chciała wciąż wspominać jego ciepłe wargi, słuchać ich przyspieszonych oddechów i widzieć świat we feerii wszystkich barw. Czy właśnie tak wyglądała… wolność?
Od tej pory nienawidziła świata jeszcze bardziej.

________________
Rozdział jest dedykowany absolutnie wyjątkowej osobie, bez której nie powstałby ani ten rozdział, ani, tym bardziej, ten blog. I której wiara we mnie była tak wielka, że wystarczyła dla nas obojga :3
Myślę, że ona wie, o kim mówię i że bez niej nie byłabym tym, kim teraz jestem. Dziękuję.

Jesteś? Czytasz? Skomentuj, albo chociaż zagłosuj, Ciebie to wiele nie kosztuje a mi daje wiarę w to, że wszystko co robie ma jakikolwiek sens :>
I błagam, kochani, polecajcie mnie! Przecież im nas więcej, tym weselej :D

7 komentarzy:

  1. jestem absolutną fanką tego opowiadania!
    kocham sposób, w jaki opisujesz emocje, pożądanie.
    Boże, nawet nie wiem, co mam tu napisać.
    uwielbiam to. :)

    // hermiones-diary

    OdpowiedzUsuń
  2. jesteś genialna, po prostu :D
    //brilliant-avenue.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  3. Super rozdział !! Czekam ze zniecierpliwieniem na nastepny ! Szkoda tylko,ze taki krótki :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. w momencie, w którym zawarłam to wszystko co chciałam, nie było sensu dalej przedłużać :)

      Usuń
  4. Super. Nigdy nawet nie myslalam o tym parringu, jednakze opowiadanie czytam z wielka ciekaowscia :D

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.